Wszyscy mówią o pojazdach elektrycznych. Są wszędzie – w wiadomościach, na ulicach, w planach rządowych. Wydaje się, że świat jednomyślnie zdecydował – dni dobrego starego silnika spalinowego są policzone. Politycy wyznaczają terminy, często już na 2030 lub 2035 rok, po których sprzedaż nowych samochodów benzynowych lub diesla będzie zakazana. Producenci samochodów są w gorączkowym wyścigu, inwestując miliardy za miliardami w rozwój nowych platform elektrycznych. A przeciętny kierowca, słysząc cały ten hałas, zaczyna odczuwać pewną presję – czy nie czas, abym ja też przeszedł na "baterię"?
Ale czy wszystko jest tak jednoznaczne? Nie jestem tego taki pewien. Narracja, która jest forsowana, mówi o prostym, czystym i nieuniknionym przejściu. Ale rzeczywistość jest często znacznie bardziej złożona.
Z jednej strony – tak, samochody elektryczne są fajne. Cisza w kabinie to coś, czego trzeba doświadczyć, aby uwierzyć. Natychmiastowe, płynne przyspieszenie od zera uzależnia. I oczywiście idea zerowej emisji w naszych zanieczyszczonych miastach jest mocnym argumentem. Do typowych codziennych dojazdów miejskich – praca, dom, szkoła, supermarket – to niemal idealna opcja. Ładujesz go w nocy w domu, jak smartfon, i zapominasz o cotygodniowej pielgrzymce na stację benzynową. Brzmi jak sen, czysta i prosta przyszłość.
Ale jest druga strona medalu. I nie jest tak błyszcząca. To strona pełna praktycznych problemów i niewygodnych prawd, o których działy marketingu wolą nie mówić.
Po pierwsze – infrastruktura. A raczej jej brak. Poza dużymi obszarami metropolitalnymi znalezienie szybkiej, niezawodnej ładowarki to wciąż wyprawa. Wyobraź sobie rodzinną podróż, w której musisz planować trasę nie wokół ciekawych zabytków, ale wokół nielicznych dostępnych punktów ładowania, a potem czekać 45 minut, mając nadzieję, że ładowarka rzeczywiście działa. A co z milionami ludzi mieszkających w blokach mieszkalnych bez własnego dedykowanego miejsca parkingowego? Czy oczekujemy, że będą ciągnąć przedłużacz z okna na dziewiątym piętrze? To fundamentalny problem, którego nikt jeszcze nie rozwiązał na masową skalę.
Po drugie – "ekologiczność" samych samochodów elektrycznych. Termin "zerowa emisja" jest mylący. Produkcja akumulatorów to bardzo, bardzo brudny proces. Wydobycie litu, kobaltu i niklu jest niszczące dla środowiska i często opiera się na wątpliwych praktykach pracy. Pozostawia głębokie blizny na planecie. Potem jest sama energia elektryczna. Dopóki większość naszej energii elektrycznej jest produkowana ze spalania węgla lub gazu ziemnego, po prostu przenosimy rurę wydechową z samochodu do elektrowni. To klasyczny przypadek samooszukiwania się, sprawiający, że czujemy się dobrze, nie rozwiązując podstawowego problemu emisji dwutlenku węgla.
I to sprowadza nas z powrotem do skromnego silnika spalinowego. Czy naprawdę jest tym sapiącym, umierającym dinozaurem, jakim go przedstawiają?
Myślę, że pogłoski o jego śmierci są mocno przesadzone. Inżynierowie nie siedzieli bezczynnie przez ostatnie dwadzieścia lat. Nowoczesny silnik benzynowy to cud inżynierii. Technologie takie jak wtrysk bezpośredni, zmienne fazy rozrządu, doładowanie turbo i wyrafinowane elektroniczne systemy sterowania uczyniły go niewiarygodnie wydajnym i stosunkowo czystym w porównaniu do jego przodków. Potencjał dalszego rozwoju jest daleki od wyczerpania. Systemy mild-hybrid już czynią je bardziej wydajnymi, a to jeszcze nie koniec.
Porozmawiajmy o prawdziwym przełomie – paliwach syntetycznych, czyli e-paliwach. To technologia, która pozwala produkować benzynę lub diesel z wody (wodoru) i dwutlenku węgla wychwyconego z atmosfery, wykorzystując energię odnawialną. Wyobraź sobie – mógłbyś zatankować swój zwykły samochód paliwem, które jest zasadniczo neutralne pod względem emisji dwutlenku węgla. CO2 emitowane podczas jazdy jest tym samym CO2, które zostało użyte do produkcji paliwa. Cykl jest zamknięty. Istniejąca infrastruktura rurociągów, cystern i stacji benzynowych pozostaje aktualna. Nie trzeba budować milionów stacji ładowania. Nie trzeba złomować milionów doskonale sprawnych, użytecznych samochodów. To brzmi jak znacznie bardziej racjonalne i mniej zakłócające przejście.
Oczywiście ta technologia jest wciąż droga. Krytycy szybko na to wskazują. Ale cena akumulatorów też była astronomiczna dziesięć lat temu. Panele słoneczne były kiedyś luksusem dla bogatych. Technologia tanieje wraz ze skalą i innowacją. Inwestowanie w e-paliwa mogłoby być równoległą ścieżką, a nie zastąpieniem elektryfikacji.
Jaki jest więc wniosek? Nie wierzę, że silnik spalinowy po prostu zniknie bez śladu. Do krótkich, przewidywalnych dojazdów miejskich samochody elektryczne prawdopodobnie staną się standardem. To wygodne, logiczne i czyni miasta cichszymi. Ale do podróży na duże odległości, do odległych regionów z rzadką infrastrukturą, do transportu ciężkiego i pojazdów użytkowych, i wreszcie – dla czystej, niezafałszowanej przyjemności z jazdy – silnik spalinowy będzie żył dalej.
Będzie ewoluował. Stanie się może produktem niszowym, wyborem premium dla entuzjastów. Stanie się bardziej zaawansowany technologicznie, hybrydą systemów mechanicznych i elektrycznych. Będzie działał na nowych rodzajach paliwa, bardziej przyjaznych dla naszej planety. Ale dźwięk ryczącego V8, mechaniczna informacja zwrotna przez dźwignię zmiany biegów, zapach benzyny, skomplikowany taniec tłoków i zaworów – to emocja, głębokie połączenie między człowiekiem a maszyną, którego cichy, pozbawiony duszy silnik elektryczny nie może odtworzyć. I dopóki są ludzie, którzy doceniają to uczucie – serce samochodu będzie nadal biło. Może to być po prostu inne, bardziej wyrafinowane serce.